Cieszę się!

Cieszę się!

Jeżeli zaczynasz swoją przygodę ze stekami, to dobrze trafiłeś. Sławkowska 1 co prawda w swojej ofercie ma również inne, fantastyczne dania, niemniej jednak powiem Wam, że polecam przyjście tu właśnie na taką ich specjalność. Dlaczego? Bo nie ma w Krakowie (wiem, że nie ma, bo wszędzie już byłam) tak podanych mięsiw jak tu.

Przede wszystkim serwuje się tu wołowinę z polskiego bydła. Jest ona naprawdę bardzo dobra, a ponieważ jadam steki przynajmniej raz w tygodniu, to mam też porównanie. I musze przyznać, że te podane tu są soczyste, kruche, delikatne i generalnie zrobiły na mnie naprawdę niezłe wrażenie. Poza tym nie wiem, co Szef Kuchni ma jeszcze w głowie, ale podoba mi się jego podejście do kulinariów. Fanaberia? Ekstrawagancja? Truskawki w steku? Nie!! Absolutne wyjście poza ramy przyzwoitości – uwielbiam takich ludzi. A ponieważ sama należę do tych, co próbują niestandardowych rozwiązań to zgraliśmy się idealnie. Oczywiście, że możecie tu zjeść klasykę. Ale po co?

Przyznam, że zaczęłam klasycznie. Tatar wołowy (jakże by inaczej) z nutą trufli i domową bułką brioche. Ślinka mi cieknie na samą myśl. Subtelny smak tatara podkreślają jego składniki, czyniąc go nieco kwaśnawym i zrównoważonym słodkim smakiem pieczywa. Jest delikatny, chyba najbardziej ze wszystkich jakie jadłam do tej pory. Zadziwiły mnie grillowane kiełbaski jagnięce. Szczerze? Nie był to mój wybór, chociaż uwielbiam jagnięcinę. Ale żeby w kiełbasce? Eeeeee. Bardzo miło mnie zaskoczyła ta przystawka. Wyraźny smak mięsa, świetnie doprawione kiełbaski okazały się bardzo smaczne. Namawiam Was na ich spróbowanie, będziecie zdziwieni.

Danie główne zdominował mój stek. I chociaż wersja sezonowanej wołowiny podanej z jajkiem i grillowanym boczkiem była równie nietypowa to polędwica wołowa podana ze świeżymi truskawkami i sosem truskawkowym z nutą chili rozwalił system. Do tego świeżo mielony pieprz (truskawki z pieprzem są genialne!!), ziemniak pieczony w soli i zapewniam Was, zapamiętacie je na długo. Skąd to wiem? Po pierwsze, bo jadłam. Po drugie…, bo jadłam drugi raz. Jeżeli sięgniecie w czeluści mojego bloga, to znajdziecie moją pierwszą recenzję o tym miejscu i zestaw był podobny! Tym razem zamiast w piwo poszłam w wino jako dodatek (chociaż piwa regionalne mają dobre) i obiad zakończyłam wybornym brownie czekoladowym z aromatem whisky. Najlepsze jest to, że mój entuzjazm do tego miejsca nie zmalał. Cieszę się, że mogę Wam je polecić i powiedzieć „tak!!! Nadal jest tu tak dobrze!!!”. Cieszę się, że nic się nie zmieniło – w tym dobrym sensie. Cieszę się, że jeżeli ktoś z Was jeszcze nie miał okazji to będzie mógł zjeść tu tak fajne dania. No cieszę się no.

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

*