Grzesznice

Grzesznice

Obżarstwo. Przez jednych nazywane chorobą królów, przez innych postrzegane jako jeden z siedmiu grzechów głównych. Mnie włącza się wtedy, kiedy na stół wjeżdża sushi. Serio. Mogę zadziwić niejedną osobę ilościami jakie pochłaniam i zupełnie jestem nie ekonomiczna na randki w sushi - bezwstydnie się obżeram.

Znam jeszcze jedną osobę, która podobnie jak ja - kocha sushi. Dżoana. Z dumą stwierdzam, że zawodniczka mojej kategorii, grzeszy podobnie jak ja. Dlatego idąc na recenzję do Sushi 77 stworzyłam niezawodny dream team gotowy pokonać Sushi Mastrów i każdego kto stanie nam na drodze w miłości do obżarstwa kuchni kraju Kwitnącej Wiśni.

Mieszkałam kiedyś w Tokyo przez chwilę i tak, zjadłam tam sushi. Nie moi mili, nie w jakiejś extra restauracji, nie było mnie wtedy ani na to stać ani nie posiadałam zbytniej wiedzy o tym, że są i gdzie są takie miejsca jak gwiazdki Michelin czy rekomendacje  i , że jak już tam jestem to - będąc mną dzisiaj - poszłabym tam za każde pieniądze nawet jeżeli przez najbliższy miesiąc miałabym jeść suchy chleb mojego konia. No cóż, zadowalałam się sushi z supermarketu tudzież lokalnych budek ale i tak, byłam najszczęśliwsza na świecie. Potem moje szczęście trwało jeszcze przez chwilę w Krakowie, ponieważ ktoś postanowił otworzyć kuchnie japońską w pełni jej surowości i prostocie, niepodrasowanej niczym - i poległ ku mojemu nieszczęściu. Było to mnóstwo lat temu i zapewne dzisiaj owe miejsce stało by się hitem gastronomicznym Krakowa. Od tego czasu jeżeli trafię na TAKIE sushi, które chce jeść i jeść to zwyczajnie staje się grzesznicą, dopada mnie choroba królów i nikt i nic mnie nie powstrzyma.  Zresztą jeśli o jedzenie chodzi to jakoś nigdy nie miałam z tym problemu aby mówić co myślę oraz, że chce dokładkę. Ale to na inną opowieść.

W sushi 77 nie musiałam mówić o dokładce bo set degustacyjny jaki wyszedł spod rąk Masterów był perfekcyjny. To był moment, w którym zrozumiałam dlaczego ludzie we wtorek o godzinie 15:28 siedzą tłumnie w restauracji i skąd się biorą legendy o kolejkach w weekendy. A jest za czym stać! Niewątpliwie to jedno z najlepszych sushi jakie jadłam w Krakowie. Doznania kompozycyjne pokrywają się z wizualnymi, smakowymi a przede wszystkim wyróżniają się olbrzymią kreatywnością. Nie będę ukrywać, nie wchodzę do restauracji i nie rzucam od progu proszę rolkę z ... Nie. Ja mówię: chce coś na słodko, ostro, chrupiącego i w tempurze. A potem patrzę co się dzieje. I tu zadziała się magia. Każda jedna rolka ( a kawałków naliczyłyśmy ze czterdzieści) była wyjątkowa. Czarny ryż, bez ryżu, kolorowo, chrupiące, łagodne, maślane, rozpływające się w ustach. Do tego dbałość o każdy szczegół sprawia, że masz ochotę albo rzucić się na to od razu i wyglądać jak postać z Mangi umorusana ryżem albo czcić i odprawiać modlitwę nad całym talerzem. My w pełni swojej gracji - jeżeli taką można posiadać wcielając w życie grzech obżarstwa - zjadłyśmy nawet dekoracje.

Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu po raz pierwszy mogłam powiedzieć, że wyszłam z sushi szczęśliwa i obżarta tak, jak zawsze o tym marzyłam. Dżoana poległa chwilę wcześniej i mimo tego, że obie z niedowierzaniem patrzyłyśmy na te pozostałe dziewięć kawałków i za żadne skarby świata nie chciałyśmy wyjść zostawiając je na talerzu, no nie byłyśmy w stanie zgrzeszyć bardziej. Z rozwiązaniem i wielką dla nas ulgą przyszła kelnerka, która ... przyniosła deser i zapakowała nam kawałki świadczące o naszej kompletnej porażce na wynos. Ale jaka pyszna ta porażka. Jaka świeża, kolorowa i pełna pasji. Pasji, która spotkała się z nieziemskim uwielbieniem do jednego z siedmiu grzechów głównych.

 

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

*