Miejsce jakich mało!

Miejsce jakich mało!

Dobra. W trzech żołnierskich zdaniach. O "Włoskiej" pisałam już wcześniej i tą recenzję znajdziecie TU. Dziś, mogę napisać, że nie myliłam się wtedy i nie mylę się dziś. To jest bardzo dobry, włoski adres w Krakowie.

Podoba mi się, że ta restauracja ma w sobie taki klimat, że może być miejscem na wszystko. Miejscem na randkę. Na lunch. Na spotkanie biznesowe, obiad w niedziele, świętowanie czegoś lub na spotkanie z przyjaciółmi. Wielofunkcyjność tego miejsca jest zachwycająca. Składa się na nią nie tylko ładne, przytulne, proste wnętrze, ale przede wszystkim menu. I tu obok takiej klasyki jak pizza czy makarony (ręcznie robione przypominam), znajdziecie również a właściwie przede wszystkim fantastyczne owoce morza. To jedna z tych włoskich restauracji, w której menu po prostu nie jest nudne.

Na przystawkę polecam Wam świeżą ostrygę. Rozbudzi apetyt. Bardzo fajnie jest tu zaproponowana opcja dzielenia się, ponieważ przystawki są tak podane, że możecie je zjeść sobie na wzajem. Skusiłam się na Soft shell w panierce z parmezanu, domowe aioli kolendrowo-limonkowe, smażone serca karczochów z domowym aioli z anchois oraz totalny sztos: burrata z kremem pistacjowym. Każda z tych przystawek jest fantastyczna, jednak jednogłośnie stwierdziliśmy (ja oraz mój towarzysz w obżarstwie), że buratta zdecydowanie rozwala system. Ser sam w sobie jest genialny, nie ma się tu co rozwodzić. Natomiast jedwabistość kremu pistacjowego oraz jego wyważona słodycz tworzą z tego dania coś wspaniałego.

Ciężko jest coś wybrać na danie główne, bo w sumie wszystko chciałoby się zjeść. Niewątpliwie mam dar do jedzenia i znam już na pamięć ten wzrok kelnera albo Szefa Kuchni, który ze zdziwieniem pyta „gdzie Ty to zmieścisz?”, niemniej jednak ku rozbawianiu wszystkich: mieszczę. Kusiła mnie ośmiornica. I mięso. Zjadłam więc Fritto Misto – selekcje smażonych ryb i owoców morza. Co się będę rozdrabniać. Do tego stek Surf and Turf, bardzo mi bliskie i wręcz jedno z ulubionych połączeń wołowiny i owoców morza – tu krewetek. Tym sposobem miałam wszystko co chciałam. Mistrzyni kompromisów. Wszystko było zacne. Naprawdę, jadło się z przyjemnością, niby takie to proste i oczywiste. A nie. Bo dodatki takie jak np.: karmelizowany fenkuł z kozim serem i koperkiem czy krokiety ziemniaczane z truflą podkreślały smaki w daniach głównych, same zaskakując swoją nietuzinkowością. Pycha! A to tylko wycinek menu, które uwierzcie daje wiele możliwości kompozycji i naprawdę stawia nas przed ciężkim dylematem. A to się coraz rzadziej zdarza. Jeżeli nie macie pomysłu lub zwyczajnie nie wiecie jakie wino dobrać do dań z menu, zdajcie się na obsługę. Każda zaproponowana lampka była świetnie dopasowana i podbijała smak dania.

Na deser poszła klasyka. Tiramisu. Dla mnie rewelacja, ponieważ nie przepadam za kawą a tu ona po prostu mi nie przeszkadzała. Ładna forma podania, rewelacyjny karmel, który zdecydowanie robi swoją robotę, jednocześnie wcale nie przesładzając całości. Musze też wspomnieć o fantastycznej obsłudze, bo o nią ostatnio też ciężko i tak, jak zazwyczaj omijałam szerokim łukiem ten temat, tak tu naprawdę należą się słowa uznania. Rzadko już spotykam tam wykfalifikowany personel. Cóż mogę Wam na koniec powiedzieć o tym miejscu. Najlepszym podsumowaniem będzie stwierdzenie, że nic się nie zmieniło i mówię to bardzo się z tego ciesząc!

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

*