Przemytnicy

Przemytnicy

Przyznam Wam się, że jeszcze nigdy nie czułam takiego oddechu presji na karku pisząc tą recenzje. Górale z Zawoi i okolic niemal czuję jak deptają mi po piętach i patrzą na palce ślizgające się po klawiaturze. Jeszcze żadna restauracja czy hotel lub agroturystyka nie miała takiej grupy wsparcia jak Karczma Tabakowy Chodnik. Ale wiecie co? Mam pełen luz bo miejsce to okazało się nie tylko być pięknie położonym ale przede wszystkim smacznym Dołączyłam do grona fascynatów karczmy przy przemytniczym szlaku.

Omijałam zazwyczaj takie miejsca - oczywiście jeśli o recenzje chodzi. Prywatnie zdarzyło mi się jadać w nich nie raz i nie dwa, głównie przemierzając Polskę. Umówmy się, to najbezpieczniejsza forma jedzenia (pomijając fastfood). Niemal zawsze poprawna, na jedno czarcie "kopyto" i o lokalny folklor oparta. No taki urok.

A tu jest inaczej! Karczma leży nad potokiem (o legendzie nazwy poczytacie w karcie menu, nie będę zdradzać wszystkiego"), ma przeszkolony taras więc nawet teraz, zimą pełnymi garściami czerpie się z otaczającej przyrody. W lecie na pewno przyjemnie jest usiąść na zewnątrz w ogródku, zwłaszcza wieczorem z tlącym się ogniem jako oświetleniem. Wnętrze jest zrobione ze smakiem. Ciepłe z elementami, podkreślam ELEMENTAMI tradycji, bez zbędnej cepelii za to z wykorzystaniem tak prostych akcesoriów dekoracyjnych jak płócienne, ciężkie białe zasłony w oknach i polskie zborze na stołach. Przytulnie ale bez przaśnych wtrąceń.

W karczmie tabakowy Chodnik podoba mi się karta menu, bo jak na takie miejsce przystało jest prawie jak książka z tym wyjątkiem, że to dobra lektura z wieloma opcjami do wyboru. W tym znajdziecie świetnie nazwane % oraz lokalne trunki: nalewki i piwo rzemieślnicze. Tak lubię, tak szanuje i w takie miejsca chce wracać.

W kuchni zadomowili się przemytnicy. Oprócz pysznego żurku na zakwasie, który naprawdę był idealny: kwaśny, dobrze przyprawiony, treściwy ale nie gęsty i nie wodnisty oraz placków zbójnickich, przy których nie szczędzą sosu z kruchym, rozpływającym się mięskiem, przemycają nieco nowocześniejszą kuchnię jak krem z buraka czy tatar ze śledzia. Tego ostatniego zjadłam z nieukrywaną przyjemnością, trochę tak "z pod lady" bo z poza karty ale warto pytać co tam brać zbójecka na tej kuchni kombinuje nielegalnie. Dla mnie świadczy to tylko o polocie załogi, chęci rozwoju i nadaniu daniom - nawet tym regionalnym - trochę świeżości i polotu.

Na mój podziw zasłużyły również pierogi z dzikiem w środku. I chociaż można by się tu spierać o grubość ciasta, znam takich co by zaraz powoływali się na swoje Babcie i ich cienkie jak papier ciasto, tak moja też tak robi i Mama też, i ja też, to jednak tutaj jest ono nieco inne a ja zajadałam się nimi ze smakiem. Podobnie jak Osoba Towarzysząca, która na codzień uznaje tylko ruskie.

Siedziałam długo, potem ledwo się wytoczyłam z tobołkiem "wałówki" pod pachą bo gościnność Tabakowego Chodnika jest zacna i na koniec dostałam jeszcze bezę jagodową (bo od wejścia oznajmiłam, że uwielbiam bezy), której naprawdę nie mogłam już zmieścić w brzuchu. Bystry kelner od razu to podchwycił i nie ukrywam - uczynił mnie szczęśliwą. Beza była sztosem! Na koniec poczułam się okropnym obżartuchem, jakbym miała wypisane na czole "dokarmiaj Anię" i przez chwilę zwiesiłam czoło nad jednym z grzechów głównych ale szybko mi przeszło bo wszyscy przecież wiemy, że to diabelska sprawka te karczmy a TA na pewno!

 

 

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

*