Jedz i chudnij!

Jedz i chudnij!

12 minut!! Tyle wytrzymałam na pierwszym treningu. Słownie DWANAŚCIE.

Tak, jak się spodziewałam początek był bardzo miły. Przyszłam do studia punktualnie, w środku ładnie, przebieralnie, prysznic, ręczniki - wypasik. Duże lustro na ścianie, mała maszyna i ja.  W Studio Express ćwiczy zawsze jedna osoba na raz, razem z instruktorem, który koryguje błędy podczas każdego ćwiczenia na bieżąco. Jak się okazało później - jest to bezcenne. Nie trzeba mieć swojego stroju, można wypożyczyć go na miejscu, niemniej jednak komfortowo jest go zakupić - ta też macie taką opcję. To kwestia indywidualna i omawiana jest na pierwszym spotkaniu tak, aby optymalnie dostosować trening również do Waszego budżetu.

Na początek można zrobić ogólną analizę ciała. Moja wyszła całkiem w porządku, zawartość tłuszczu w miarę, wody też, ogólne BMI w normie. Nie będę Wam ściemniać, mój problem skrywa się głownie w brzuchu i udach. Wskakujecie w obcisłą bieliznę (która optycznie powoduje, że już czujecie się lepiej), Kuba ubiera Was w kamizelkę a potem podpina kablem do owej, niepozornej maszyny. I tu zaczyna się fan. Ci z Was, którzy mieli do czynienia z tensami podczas rehabilitacji mogą czuć się jak w domu. Dokładnie odczucia są na początku podobne. Siła prądu ustalana jest indywidualnie i uwaga - na różne partie ciała oddzielnie. Jak się potem okazało odkryłam zupełnie wcześniej nie odczuwalne przeze mnie mięśnie np: w okolicy klatki piersiowej. Ciekawe odczucia. Ustawienia zapisuje się indywidualnie na karcie.

Przez dwadzieścia minut następuje seria ćwiczeń na każdą partę ciała. Po jakimś czasie Kuba zwiększa impulsy bo wiadomo, że mięśnie się przyzwyczajają. Na pierwszym treningu wszystkie moje leserskie oczekiwania legły w gruzach. Nie, nie stoję/leżę przez 20 minut a moja tkanka tłuszczowa cudownie się redukuje. Umieram przez 20 minut! O sorry, nie dotarłam jeszcze do 20 minut, na pierwszym treningu rozłożyło mnie 12 na drugim 17. Lało się ze mnie jak ze szczura, kondycja moja okazała się zerowa, byłam na zmianę czerwona, purpurowa i blada. A na koniec padłam na sofę i wypiłam butlę wody niczym Smok Wawelski Wisłę.

Nie, nie widać jeszcze efektów. Tak, jem nadal jak jem, właśnie pisząc ten tekst kończę tabliczkę czekolady. Czy mi się podoba? Baaardzo! Co czuje? Zakwasy w takich miejscach, w których myślałam, że chociażby ze względu na moją jazdę konną nie poczuje - np: zewnętrzna część ud. Czuje też tam gdzie chciałam efektów - np: na brzuchu. Zaskoczyło mnie, że jednak nie jest to taki cud jak brzmiał na większości stron, na których czytałam o EMS, ta metoda przestała być dla mnie „łatwym” osiągnięciem celu niemniej jednak jest wygodną i szybką metodą - cała wizyta łącznie z prysznicem zamyka się w 30 minutach, w tym 20 to ćwiczenia.

Oczywiście jeden z moich kolegów obśmiał mnie okrutnie. Zaczęła się polemika na temat tego, że tylko siłownia ma sens. Otóż ludzie. Może ma. 3-5 razy w tygodniu, nie czarujcie się mniej nie. Jeżeli macie czas i lubicie, super. Znam takich co prowadzą życie towarzyskie na siłowni. Ja po prostu nie chcę, nie lubię i ze względu na zdrowie - nie mogę. Czy EMS okaże się alternatywą? Dam Wam na pewno znać. Mam nadzieję, że tak bo inaczej zostanę grubą, niezdrową baronową a mój koń w ramach protestu ucieknie na wiecznie zielone łąki. Zaciekawieni? To podglądajcie moje zmagania a ja za parę treningów dalej napiszę Wam jak się mam, czy coś drgnęło i czy nie mam dość.

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

*